wtorek, 6 grudnia 2016

Reset (Bartosz Adamiak) - postapokalipsa w rytmie calypso

Dokąd zmierza nasz świat? Odpowiedź na to pytanie nurtuje niejednego. Borykamy się z coraz większymi problemami: agresja Rosji, ekspansja fundamentalizmu religijnego, kryzys Unii Europejskiej i w końcu powrót do nacjonalizmów, który zdaje się być efektem wszystkich wcześniej wymienionych czynników...  Czy świat nieuchronnie zmierza ku zagładzie? Wszystko wskazuje na to, że tak.

Pisarze SF często sięgali po tematykę jaką jest upadek ludzkości. Brało się to przede wszystkim z lęków przed nowoczesnymi technologiami. Przerażenie budził atom. W 1957 roku Nevil Shute opisał zagładę ludzkości w książce "Ostatni brzeg". W czasach zimnej wojny nuklearna zagłada była często przywoływana jako przyczyna potencjalnego końca naszej cywilizacji (końca życia na ziemi - niekoniecznie). Setki książek, dziesiątki filmów i gier komputerowych dotykały już tego tematu, wskazując rozmaite zagrożenia takie jak tajemniczy wirus, zlodowacenie, sztuczna inteligencja czy asteroida (to ostatnie zresztą wydaje się bardzo prawdopodobne zważywszy, w jaki sposób skończyły dinozaury).

W powieści Reset czynnikiem wprowadzającym chaos jest kryzys gospodarczy wywołany tajemniczym incydentem, którego geneza nie zostaje wyjaśniona. Znikają wszystkie wirtualne pieniądze. Rozpoczyna się tzw. "run na banki". W ciągu kilku miesięcy świat pogrąża się w chaosie, a ludzkość pada na kolana i pozostaje w tej pozycji, by przyjmować kolejne ciosy, będące naturalnym następstwem załamania systemu. 

Czy w tej ponurej wizji może znaleźć się miejsce na wino, kobiety i śpiew? Oczywiście nie ma. Ale natura nie znosi próżni. Zaraz znajdzie sobie jakiś czynnik ludzki. W tym przypadku zespół muzyczny Apo-Calypso (grający muzykę calipso), którego członkowie, oprócz balangowania, zmuszeni są walczyć o byt i przetrwanie. 

poniedziałek, 26 października 2015

Rae Ragis - fragment

fot. pixabay.com
Mai Ho Gwai jechał na swoim wierzchośle w ulewnym, gęstym deszczu, kontemplując przyrodę. Po obu stronach drogi znajdował się piękny iglasty las, pełen paproci i wszelakiego, drobnego życia, którym Mai tak się fascynował. Był bowiem entomologiem i od trzech lat wędrował po świecie w poszukiwaniu nowych gatunków owadów, których odkrycie przysporzyłoby mu bogactw, ale przede wszystkim naukowej sławy i prestiżu. Tutaj zaś, na zielonej północy, żyło znacznie więcej gatunków owadów niż gdziekolwiek indziej.


Nie przeszkadzał mu deszcz. Miał swoją zieloną pelerynę posiadającą tę niezwykłą cechę, że nie przepuszczała wody. Zakupił ją przed dwoma laty na targu cudów, od jednego cudzoziemca o ciemnej karnacji. Była kosmicznie droga, ale warta swojej ceny. Dzięki obszernemu krojowi nie krępowała ruchów i pozwalała zabezpieczyć przed deszczem również sakwy i torby, w których przewoził swój specjalistyczny ekwipunek badacza. Bez stresu mógł zatem napawać wszystkie zmysły otaczającą go erupcją dzikiej przyrody. A także nadziejami na spektakularne odkrycia.

Tuż przed jego nosem przeleciał duży owad o prostych skrzydłach, który zawisnął na moment, jakby przyglądając się przyrodnikowi, by po chwili rzucić się w dziki pęd wzdłuż drogi.

– Och cudownie! – zaśmiał się badacz, klasnął w dłonie jak dziecko i ze skórzanego chlebaka przytroczonego do pasa wyjął przyrząd pozwalający patrzeć w dal, zakupiony od tego samego człowieka, od którego kupił pelerynę.

Droga przed nim pięła się ku górze, a po obu jej stronach znajdowała się gęsta roślinność zdominowana przez drzewa iglaste. Niskie partie lasu gęsto porośnięte były paprociami oraz łopianem, co stwarzało doskonałe warunki lęgowe dla wielu znanych mu gatunków, a prawdopodobnie także i dla wielu innych, które miał dopiero poznać.

Patrzył przez chwilę przez przyrząd, lecz nie udało mu się zlokalizować wcześniej dostrzeżonego owada. Jego wzrok zatrzymał się na mchu porastającym kamienie u szczytu wzniesienia. Zdawało mu się, że widział tam jakiś niewyraźny ruch. Być może jaszczurka, czy raczej coś większego.

– Hmmm… – mruknął. – Czyżby to było…

Liście łopianu ponownie zadrżały nieco, jakby poruszone przez zwierzynę przedzierającą się zaroślami. Mai przełknął ślinę pełen niepokoju i ciekawości. Zdawało mu się? Spojrzał jeszcze raz, lecz tym razem bez żadnego rezultatu.

– No pokaż się mój ty promyku błękitny…

Podjechał kawałek bliżej i ponownie przyłożył do oka lunetę. Był pewien, że coś tam jest. Coś tak płochliwego, że stara się być niezauważone. Nagle ujrzał w obserwowanym miejscu rozbłysk. Coś, jakby niewielką, pomarańczową kulę światła, która pojawiła się w ułamku sekundy i znikła. Zaraz potem nad miejscem tym uniósł się szary dym.

Mai Ho Gwai nie zobaczył już niczego więcej. Dwie sekundy później odlana z ołowiu kula o średnicy zbliżonej do orzecha włoskiego uderzyła w jego głowę, odrywając górną część czaszki na wysokości oczodołów. Rzadka krew tryskająca rytmicznie z poszarpanych, sterczących jak spaghetti tętnic i kawałki szarego mózgu spływały po wodoodpornej pelerynie, a niespokojny wierzchosioł próbował wyrwać się spod bezwładnego jeźdźca. Pozbawione znakomitej części głowy ciało zsunęło się na ziemię, a echo huku wciąż jeszcze przetaczało się nad lasem. Spłoszone ptaki uniosły się chmarą i odleciały gdzieś za drzewa.

***

– Sprawdźcie, co to za wypierdek – powiedział kapitan podnosząc się znad rusznicy. – Idę o zakład, że szpieg.

– Tak jest! – odezwał się jeden z ludzi ukrytych za drzewem. Wstał i ruszył w dół krokiem zwinnym niczym kot. Teraz była jego kolej by sprawdzić. I jego kolej, by zatrzymać część rzeczy osobistych zmarłego.

Kapitan skierował się ku górze, gdzie w gęstwinach ukryty był tymczasowy obóz patrolu. W taką pogodę oddałby wiele za kubek gorącej kawy, jednak zgodnie z wytycznymi, ich działania okryte były tajemnicą. Nie palili ogniska, spożywali jedynie suchy prowiant, zaś przemieszczali się wyłącznie nocą i pieszo. Po obozowisku nie pozostawał absolutnie żaden ślad.

Usiadł pod drzewem, by móc wygodnie się oprzeć i pociągnął kilka długich łyków wina z bukłaka, który nosił u pasa. Spoglądało na niego sześć par zmęczonych oczu.

– No co tam Rudy? – zapytał nadbiegającego, ciemnowłosego chłopaka.

– Szpieg! Miał przy sobie kupę sprzętu, który nie wygląda mi na wyposażenie wędrownego trubadura. Jakieś takie tubusy… no chuj wie co.

– Ot i kolejny sukces – uśmiechnął się kapitan i wzniósł toast swoim winem.

Z krzaków wyłonił się kolejny zwiadowca w ciemnoszarej opończy. Zsunąwszy kaptur zajął miejsce pośród pozostałych. Ktoś podał mu kawałek suszonego mięsa, a z drugiej strony przyszedł bukłak z winem.

Kapitan nie musiał nic mówić. Spojrzał na niego wkładając sobie do ust niewielką pecynę tytoniu.

– Pół dnia stąd na zachód widziałem obozowisko. Dwóch, albo trzech ludzi – relacjonował przybysz pogryzając skromną rację żywnościową – Nie czają się za bardzo. Rozpalili ognisko i coś tam sobie pitraszą. Ten, który najbardziej rzucał się w oczy wygląda mi na niezłego zabijakę. Nie są to kupcy ani trubadurzy. Może jacyś najemnicy szukający grosza albo wywołańcy, cholera wie.

– Wywołańcy by się kryli – rzucił Rudy.

– Gówno tam! – zawołał ktoś trzeci.

– Wyglądali, jakby zupełnie nie zdawali sobie sprawy, że w tym lesie przebiega granica pomiędzy nami, a tymi dzikusami z Rowling. W każdym razie nie sądzę, aby oni przyszli z Rowling. To by było szaleństwo.

Kapitan splunął czarną od tytoniu śliną i wytarł usta w rękach. Zapił jeszcze solidnie winem i spojrzał na umorusane twarze swoich dzielnych ludzi lasu.

– Weźmiemy ich żywcem. Trzeba sprawdzić, co to za jedni.

Zobacz całość


piątek, 18 września 2015

Era Mroku odc. 3


poprzedni odcinek

Część pierwsza: Przybysz


Wrocław, trzy lata wcześniej

Upały trwały od kilku dni. Do mieszkania na Gaju wleciała przez okno tłusta mucha. Usiadła na spoconym, pokrytym zaskórniakami nosie, z którego wydobywał się ponury bulgot. Właścicielem nosa był śpiący, krępy mężczyzna w koszulce na ramiączkach. W jego masywnej, mocno owłosionej dłoni spoczywał pilot do telewizora.

Grubas przeciągnął się puszczając bąka i spojrzał na zegarek wiszący nad drzwiami. Dochodziła jedenasta. Wstał więc i sięgnął po stojącą na stole butelkę z resztką odgazowanego piwa. Było ciepłe i stęchłe. Skrzywił się i ruszył do łazienki, mijając śnieżący telewizor. Spojrzał w lustro. Spore zakola i podkrążone oczy. Dałby tej mordzie z czterdzieści lat, co nie napawało go optymizmem, bo miała dopiero trzydzieści.

W jego pamięci powoli pojawiały się obrazy. Była niedziela. Wczoraj udał się do delikatesów Jurka i kupił kilka piw, aby się zregenerować po tygodniu pracy. Wypił może dziesięć czy jedenaście, a potem zasnął przed telewizorem. Pamiętał, że przed drzemką oglądał jeszcze jakiś serial, ale gdy otworzył oczy, kablówki już nie było. Był pewien, że w tym miesiącu opłacił wszystkie rachunki w terminie, więc w grę wchodziła tylko awaria. A skoro tak, to może dostanie od tych dupków coś ekstra, kombinował w myślach, miesiąc darmowych pornoli, albo skrzynkę piwa.

Ostatecznie stwierdził, że korzystniej będzie mieć działającą kablówkę w weekend. Postanowił zejść do piwnicy i sprawdzić. Wszak to nie inżynieria rakietowa. A przy okazji mógłby zostać bohaterem w swojej bramie. Może dzieciaki będą przynosić mu piwo z delikatesów, a pan Bronek przestanie otwierać natrętnie jego pocztę, która w sumie i tak zawiera tylko rachunki.

Mając w pogardzie potężnego kaca, Paweł podjął próbę wydostania się z mieszkania. Aby nie opuszczać bezpiecznego miejsca bez prowiantu, wyjął z lodówki ostatnią z zakupionych wczoraj butelek piwa. U Jurka była awaria lodówki, przypomniał sobie. A zatem, dedukował, może urządzenia elektryczne szaleją pod wpływem burzy na słońcu. Albo gorzej – rozpoczyna się trzecia wojna światowa i ruscy komandosi robią dywersję. Po Ukrainie wszystko stało się możliwe. Chociaż znaczenie strategiczne kablówki na wrocławskim blokowisku wydawało się raczej niewielkie. Mimo wszystko ten wariant Pablo przyjął jako najbardziej prawdopodobny. Otworzył drzwi i zaczął ostrożnie schodzić po schodach, trzymając jedną ręką poręczy, drugą zaś ściskając butelkę. Na półpiętrze spotkał pana Kazia z trzeciego piętra. On ruskich dobrze znał, bo był ubekiem.

– Dzień dobry – powiedział głośno Pablo, sąsiad miał słaby słuch.

– A dobry, dobry panie Pawełku. Ale ukrop. Pić się chce, co? – wskazał głową piwo przełykając ślinę.

– Nie ma kablówki. Może ktoś przeciął kabel, albo coś. Był pan w piwnicy?

– Pan podejdzie z piwkiem do mnie, to zobaczymy, czy u nas jest kablówka, co? Może jakiś meczyk będzie, to…

Pablo machnął ręką i ruszył w dół, co pan Kaziu skwitował uśmiechem obnażającym braki w uzębieniu i jakimś plugawym słowem.

Drzwi do piwnicy były otwarte, mimo iż gospodarz bloku wielokrotnie apelował, by je zamykać. Bezdomni dzień w dzień wchodzili i defekowali w piwnicy. A w zimie często nocowali w prowizorycznych barłogach z gazet i innych śmieci. Strach było tam chodzić, ale czego się nie robi dla ratowania niedzielnej rozrywki?
Pablo nie miał sprecyzowanej wizji, co zrobi, gdy już skrzynkę od kablówki znajdzie. W zasadzie oczekiwał chyba, że stuknie jak dziadek w starego Rubina i obraz powróci. Jednak to, co zobaczył po otwarciu drzwi, nie było ani skrzynką od kablówki, ani starym Rubinem, ani nawet defekującym bezdomnym. Na środku schodów lewitował biały, świecący prostokąt. Dosłownie tafla czystego świata. Żadnej faktury, żadnego połączenia ze ścianą, sufitem czy podłogą. Jedynie jasność, która drażniła umęczone oczy

Chcąc czym prędzej przedostać się na drugą stronę, Pablo ruszył przed siebie z rękami wyciągniętymi po omacku do przodu. Postanowił, że po prostu przejdzie przez tę świetlną kurtynę, i już po drugiej stronie będzie kontynuował poszukiwania.

Rzeczywistość nie zawsze żyje w zgodzie z naszymi planami. Czasem lubi zaskakiwać, w taki czy inny sposób. W sytuacji, o której opowiadam, rzeczywistość zaskoczyła Pawła Kowalskiego bardzo, bardzo mocno. Na tyle mocno, że przez chwilę był pewien, że spadł ze schodów i stracił przytomność.

Po drugiej stronie kurtyny znajdowała się pustynia. Nie było schodów, nie było piwnicy. Nie było niczego, oprócz bezmiaru białego, drobnego piasku, kamieni i czterdziestostopniowego upału.

– No tak – powiedział głośno i z pewną dozą rezygnacji. – Mam alkoholowe majaki. Za dużo piłem i uszkodziłem sobie mózg!

Gdy w oddali ujrzał grupę beduinów oraz dziwacznych zwierząt, zmierzających w jego kierunku, był już pewien. Pełne spektrum objawów delirium tremens. Cierpieli na to wujek Staszek i wujek Rysiek. I Bolek, kolega z Januszpolu, z którym wprawdzie nie był spokrewniony, ale jednak był to kolejny dowód na istnienie choroby.

Gdy jeźdźcy zbliżyli się na odległość kilkunastu metrów, okazało się, że to żadni beduini, a zwykli przebierańcy. Mieli gatki ze szmat i skórzane pasy ponabijane ćwiekami. Narażone na działania słońca części ciała mieli mocno opalone. Byli uzbrojeni w najróżniejszą broń białą, od noży po miecze i topory.

– Jesteście rekonstruktorami, prawda? Czytacie Wiesława i mroki średniowiecza?

W odpowiedzi usłyszał jedynie krzyki w zupełnie obcym języku, brzmiącym jak węgierski. Ich zachowanie zdawało się być agresywne i Pablo żałował, że nie zabrał ze sobą gazu pieprzowego. Gdzie ja miałem głowę, pomyślał, gdy napastnicy otoczyli go. Jeden z nich zbliżył się do niego i powalił na ziemię. Wówczas podbiegli dwaj kolejni i podnieśli go, wykręcając ręce do tyłu.

– Zostawcie skurwysyny! – zdołał tylko wrzasnąć, po czym oberwał czymś twardym w głowę i stracił przytomność.

***

Przez okno drewnianej chaty wpadało ostre słońce, które zbudziło Brota. Rozejrzał się wokół.

– Gdzie żeś zawędrował rycerzyku? – powiedział w stronę swojego krocza.

Znajdował się w obcym miejscu, był nagi, a obok bielało wielkie cielsko śpiącej damy. Uśmiechnął się i wstał. Czuł w brzuchu bardzo nieprzyjemne ssanie. Był gotów zabić za solidną miskę kaszy ze skwarkami i kufel piwa. Odział się zatem niedbale i wyskoczył oknem na ciasną uliczkę. Naprawdę miał ochotę na kufel piwa, a najprostszym sposobem, by wejść w posiadanie takiego dobra, była sakiewka. Naturalnie sakiewka umocowana do pasa jakiegoś porządnie ubranego przechodnia, przemierzającego ciasne aleje miasta.

Brot był niemal jak sierota. Miał wprawdzie rodziców, ale od najmłodszych lat trzymał się z dzieciakami z ulicy. Był człowiekiem wielu talentów, co z pewnością potwierdziliby koledzy, stróże prawa oraz liczne kochanki. Kiedy już udało mu się ustalić swoje położenie, ruszył sprężystym krokiem w kierunku bazaru rozważając, co też zdecyduje się zamówić na późne śniadanie.

***

Hasterisk Fjutgaardt, burmistrz Tomwil, od trzech miesięcy był w pewnym sensie szalony. Szczęśliwie nikt przez ten czas nie nabrał nawet podejrzeń. Siedział właśnie w swoim gabinecie i wpatrywał się nieprzytomnie w zawiniątko znajdujące się na środku jego biurka. W zawiniątku znajdowały się odchody, które zamierzał skonsumować tuż po porannej wizycie sekretarza, Knurra Rangara. Ciszę przerwało pukanie do drzwi. Po chwili drzwi uchyliły się, i do pomieszczenia wsunęła się łysa głowa sekretarza.
Zobacz także:  Czelendż! Będę pisał 1 opowiadanie tygodniowo z użyciem losowych komponentów

– Wejdź Knurr, mam dziś napięty grafik. Dawaj, dawaj chłopie.
– Sir! – Knurr był służbistą. Dużym i głupim, ale beznadziejnie drętwym.

– Dawaj, dawaj – poza chwilami, gdy Fjutgaardt popadał w szaleńcze otępienie, był całkiem energicznym i konkretnym człowiekiem.

– Wczoraj napadnięto na niejakiego pana Gortholma – referował sekretarz. – Pan Gortholm jest bardzo szanowanym obywatelem Tomwil i sytuacja, zdaje się wymaga stanowczej reakcji ze strony ratuszu.

– Ucierpiał?

– Odcięto mu głowę.

– Zatem do skarbca miejskiego nie wpłynie już od niego ani złamany goliat? A kto nie płaci podatków obywatelem nie jest. Sprawa jest, zdaje się, zamknięta.

– Komisja do spraw uzbrojenia ludności cywilnej przedłożyła nowy projekt ustawy o uzbrojeniu cywilnym, w myśl którego na każde gospodarstwo ma przypadać tylko jedna jednostka broni. Tłumaczą to tym, że obecnie mając nieograniczony dostęp do broni lud czuje się znacznie bardziej zagrożony. Świadomość, że każdy sąsiad może mieć w domu cały arsenał wywołuje niepokój.

– Nonsens. Kto wpadł na taki pomysł?

– Havesh Kursvik.

– Kursvik? Co to w ogóle za nazwisko? Jakiś cholerny pacyfista z Haarken? Nie potrzebujemy w naszej małej, zdrowej społeczności wichrzycieli i obcokrajowców. Postaraj się, aby nie wrócił dziś do domu. Zadbaj tylko, żeby nikt nie odnalazł ciała.

– Tak jest. I ostatnia sprawa. O jedenastej zaczyna się targ niewolników.

– Targ niewolników! – Fjutgaardt zerwał się z krzesła. – To dziś! Muszę lecieć. Słuchaj Knurr, jest jeszcze jedna pilna sprawa na szybko. W samo południe w magazynie przy ulicy Rzężącego bobra spotykają się członkowie cechu krawców.

– Zgadza się.

– Ich działalność krzyżuje plany mojemu bratankowi. Bądź tak miły i podłóż tam ogień. Tylko wcześniej zabarykaduj solidnie drzwi.

– Tak jest Sir.

Burmistrz opuścił ratusz w wielkim pośpiechu, pozostawiając swoje śniadanie i ignorując wszystkich petentów zgromadzonych przy wyjściu. W większości byli to tylko biedacy, którzy uskarżali się na swoją niedolę i wysokie podatki. Fjutgaardt słynął z rządów twardej ręki, co przysparzało mu politycznych przeciwników. Ci jednak najczęściej w znikali w tajemniczych okolicznościach. Zdawać by się mogło, że burmistrzowi, od początku trwającej czternaście lat kadencji, towarzyszyło niezwykłe szczęście. Zwłaszcza do nieszczęśliwych wypadków jego oponentów. Krążyły plotki, dziennikarze węszyli, ale i tak kończyło się to zwykle odnalezieniem kilku bezgłowych ciał. Większość obywateli wierzyła, że taka konserwatywna doktryna była gwarantem spokoju i dobrobytu.

Wszystko układałoby się idealnie, gdyby nie szaleństwo, które zakiełkowało w głowie Hasteriska Fjutgaardta jakieś trzy miesiące wcześniej. Zaczęło się od nieszkodliwych dziwactw. Burmistrz złapał i zjadł kilka owadów. Wielu ludzi to robiło, ale zwykle przez sen albo z biedy. Nazwisko Fjutgaardt było zaś nazwiskiem niemal szlacheckim w Pustynnej Krainie. Żaden Fjutgaardt nie skalał się nigdy życiem w niższych standardach. Używali sztućców, nie jedli ludzkiego mięsa i kąpali się przynajmniej raz na kwartał.

Po fazie owadziej, jak nazywał ją w myślach burmistrz, nastąpił krótki, acz burzliwy romans z nekrofilią. Ten proceder, również typowy dla nizin społecznych, sprawiał mu nie lada przyjemność i kontynuowałby go, gdyby nie fakt, że pewnej nocy został nakryty przez sporą grupę pielgrzymów, in flagrante delicto. Wszyscy zaginęli jeszcze tego samego dnia, ale jego prywatni siepacze nasłuchali się wiele podczas kaźni. Ich też trzeba było usunąć. Ponieważ jeden skok do trumny kosztował życie ponad siedemdziesiąt osób, burmistrz przerzucił się inny fetysz – wąchanie fekaliów w publicznych latrynach. Z czasem repertuar ten poszerzył się o wynoszenie fekaliów z latryn w torbach i spożywanie ich w ukryciu, oraz kąpiel w fekaliach.

Fjutgaardt miał jeszcze jedno dziwactwo. Kupował niewolników na targach i zatrudniał ich jako służbę domową. Kazał umyć, dawał porządne ubrania i posyłał na lekcje dobrych manier, a po kilku tygodniach zakradał się nocą do sypialni nieszczęśnika i mordował go przy użyciu silnie stężonego, smoczego jadu. Ofiara takiego zabiegu konała zazwyczaj w straszliwych męczarniach około dwóch godzin. W tym czasie burmistrz siedział na fotelu w kącie pokoju i palił cygaro. Momentami sam bał się swojego szaleństwa, jednak jeszcze bardziej bał się, że jego szaleństwo wyjdzie na jaw. Mieszkańcy Tomwil byli bezlitośni.

Hasterisk Fjutgaardt zaczął nabierać obsesyjnego lęku przed tym, że te niewinne dziwactwa zostaną upublicznione przez jakiegoś wichrzyciela z obco brzmiącym nazwiskiem. Konserwatywna część wyższych sfer nie darowałaby mu. Obalono by go jak jego poprzednika, którego zresztą zasztyletował osobiście.

fot. pixabay.com

poniedziałek, 14 września 2015

Era Mroku odc. 2



Poprzedni odcinek

– Dwa kufle piwa!

Człowiek, który wkroczył jako pierwszy, zapewne był kupcem. Jego szata wyglądała na kosztowną, a u pasa przywieszony miał jedynie kord w bogato zdobionej złotem pochwie. Drugi przypominał trochę wojownika, ale nie był zbyt rosły. Miał lekki pancerz i głowę ogoloną na łyso z pozostawionym z tyłu czarnym warkoczem. Bardziej jak zwiadowca lub tropiciel.

– Siadaj Kreacz – powiedział kupiec i sam zbliżył się do kontuaru.

Karczmarz niechętnie i z ociąganiem nalał dwa kufle, postawił przed przybyszem.

– Dwa srebrne goliaty – rzucił wracając do swojego zajęcia.

– Drogie u was piwo gospodarzu – zaśmiał się człek w zdobnej szacie. – Oby było warte swojej ceny.

Rzucił na blat dwie, niewielkie monety i uniósł kufel. Piana spływała mu po wąsach, a grdyka pracowała miarowo.

– Dobre – wysapał odstawiając do połowy opróżniony kufel. – Zimne!

– Opuszczam beczkę na dno studni – mruknął niechętnie Toaden.

Był dość rzadkim typem karczmarza, który nienawidził ludzi. Szczególnie tych, którzy zawracają mu głowę próbując zagadnąć. Liczył, że przybysze wychylą po kufelku i ruszą dalej. Niestety nie zanosiło się na to.

– Szukamy człowieka o nazwisku Farasz – powiedział kupiec. – Mówi ci to coś?

– Nic a nic – odparł zgodnie z prawdą karczmarz.

– No to może – zrobił pauzę, by zbudować napięcie – Sauromata?

– Pierwsze słyszę.

– Widzisz Kreacz? – krzyknął do tego drugiego, który rozsiadł się wygodnie przy stole. – Okazuje się, że nasz bohater wcale nie jest taki sławny jak mówią. Nie dotarli tu jeszcze bardowie śpiewający o jego mężnych czynach.

Facet przy stole zaśmiał się ponuro.

– Nigdy nie słyszeliście tutaj o Pablo Sauromacie, który pokonał samego Morgwila Sromotnego, Stagrida Gwałciciela i jeszcze kilku innych oprychów pustoszących trakty handlowe od grodu Tomwila, aż do Haakaren?

– To właśnie przed chwilą powiedziałem – odparł Toaden wycierając po raz kolejny, czysty już kontuar. Starał się jednocześnie nie oddalać zbytnio od ukrytej broni.

– Rzadko tutaj docierają wieści z południa.

Kupiec zamyślił się.

– No tak. Miasto Howard podupadło chyba ostatnimi laty, nieprawdaż?

– Odkąd zamknięto kopalnię.

– Zamknięto… – zaśmiał się gbur przy stole.

– W pewnym sensie zamknięto – kupiec przyznał rację karczmarzowi. – Dokładnie tak, jak mówi nasz małomówny przyjaciel. Jak masz na imię karczmarzu?

– Toaden.

– Toaden. Wspaniałe imię. Z pewnością tatuś i mamusia lubili pradawne mity o herosach?

– Być może. Ale imię otrzymałem po dziadku Toadenie, który był górnikiem.

– Więc pewnie i ty jesteś niezłym wojem, co?

– Jestem karczmarzem – odparł Toaden kładąc dłoń na kuszy.

Kupiec podniósł drugi kufel piwa i skierował swoje kroki do stołu, przy którym siedział w ciszy wojownik.

– A zatem! – powiedział nieco głośniej stawiając kufel. – Mówisz, że nigdy w tej okolicy nie widziałeś ani Engmonta Farasza, ani Pablo Sauromaty?
– Nie widziałem.

– A niech mnie Kreacz! Moja stara matka powiadała, że karczmarze zawsze wiedzą wszystko, a tymczasem ten tutaj nie wie nic. Nie będziemy marnowali więcej czasu pana gospodarza. Kończ to piwo i żegnamy się.

Ten, którego kupiec nazwał Kreaczem, zbliżył się do kontuaru i wypił duszkiem cały kufel zimnego piwa. Gdy Toaden odetchnął już z ulgą, odwiesił szmatę na wieszak spuszczając na chwilę wzrok. Kiedy znów spojrzał na swoich gości, ujrzał wycelowaną w siebie kuszę.

– Nienawidzę być okłamywanym! – wrzasnął kupiec.

Bełt o średnicy dwóch palców z głuchym hukiem wbił się w ścianę przyszpilając do niej głowę karczmarza. Krew sącząca się po ścianie szybko utworzyła na podłodze sporą kałużę.

Keacz przechylił się przez kontuar cmokając z uznaniem, po czym zagarnął z lady dwie monety i schował do swojej sakiewki.

Fot. pixabay.com

czwartek, 10 września 2015

Era Mroku - fragment



Zmierzchało. Nad horyzontem gromadziły się ciemne chmury, a wiatr stawał się niespokojny. W oddali, na krętym, otoczonym przez zielone łąki gościńcu majaczyły maleńkie sylwetki jeźdźców. Toaden stracił ich z oczu, gdy wjechali w dolinkę. Pagórek i rosnące na nim topole, stłumiły zupełnie tętent kopyt. Wszedł do karczmy, chwycił za brudną szmatę i zabrał się do czyszczenia kufli.


– Tatko, jeźdźcy! – zawołała gruba, brzydka dziewucha.

– Przecież widzę.

Podkręcił wąsa i splunął na drewnianą podłogę. Pod kontuarem spoczywała kusza. Naciągnął ją i umieścił bełt w korytku na wypadek, gdyby przybysze mieli niecne zamiary.

– Idź na górę i zamknij drzwi! – krzyknął do córki. Wątpił, by dziewczynie groził gwałt, ale widział już w życiu wszystko, łącznie z mężczyzną, któremu przyrodzenie utknęło w paszczy suma.

Na zewnątrz usłyszał narastający tumult kopyt, który stopniowo przeszedł w okrzyki. Zbliżali się do drzwi gospody. Było ich dwóch. Drzwi otwarły się wpuszczając wieczorny chłód.




fot. pixabay.com