poprzedni odcinek
Część pierwsza: Przybysz
Wrocław, trzy lata wcześniej
Upały trwały od kilku dni. Do mieszkania na Gaju wleciała przez okno tłusta mucha. Usiadła na spoconym, pokrytym zaskórniakami nosie, z którego wydobywał się ponury bulgot. Właścicielem nosa był śpiący, krępy mężczyzna w koszulce na ramiączkach. W jego masywnej, mocno owłosionej dłoni spoczywał pilot do telewizora.
Grubas przeciągnął się puszczając bąka i spojrzał na zegarek wiszący nad drzwiami. Dochodziła jedenasta. Wstał więc i sięgnął po stojącą na stole butelkę z resztką odgazowanego piwa. Było ciepłe i stęchłe. Skrzywił się i ruszył do łazienki, mijając śnieżący telewizor. Spojrzał w lustro. Spore zakola i podkrążone oczy. Dałby tej mordzie z czterdzieści lat, co nie napawało go optymizmem, bo miała dopiero trzydzieści.
W jego pamięci powoli pojawiały się obrazy. Była niedziela. Wczoraj udał się do delikatesów Jurka i kupił kilka piw, aby się zregenerować po tygodniu pracy. Wypił może dziesięć czy jedenaście, a potem zasnął przed telewizorem. Pamiętał, że przed drzemką oglądał jeszcze jakiś serial, ale gdy otworzył oczy, kablówki już nie było. Był pewien, że w tym miesiącu opłacił wszystkie rachunki w terminie, więc w grę wchodziła tylko awaria. A skoro tak, to może dostanie od tych dupków coś ekstra, kombinował w myślach, miesiąc darmowych pornoli, albo skrzynkę piwa.
Ostatecznie stwierdził, że korzystniej będzie mieć działającą kablówkę w weekend. Postanowił zejść do piwnicy i sprawdzić. Wszak to nie inżynieria rakietowa. A przy okazji mógłby zostać bohaterem w swojej bramie. Może dzieciaki będą przynosić mu piwo z delikatesów, a pan Bronek przestanie otwierać natrętnie jego pocztę, która w sumie i tak zawiera tylko rachunki.
Mając w pogardzie potężnego kaca, Paweł podjął próbę wydostania się z mieszkania. Aby nie opuszczać bezpiecznego miejsca bez prowiantu, wyjął z lodówki ostatnią z zakupionych wczoraj butelek piwa. U Jurka była awaria lodówki, przypomniał sobie. A zatem, dedukował, może urządzenia elektryczne szaleją pod wpływem burzy na słońcu. Albo gorzej – rozpoczyna się trzecia wojna światowa i ruscy komandosi robią dywersję. Po Ukrainie wszystko stało się możliwe. Chociaż znaczenie strategiczne kablówki na wrocławskim blokowisku wydawało się raczej niewielkie. Mimo wszystko ten wariant Pablo przyjął jako najbardziej prawdopodobny. Otworzył drzwi i zaczął ostrożnie schodzić po schodach, trzymając jedną ręką poręczy, drugą zaś ściskając butelkę. Na półpiętrze spotkał pana Kazia z trzeciego piętra. On ruskich dobrze znał, bo był ubekiem.
– Dzień dobry – powiedział głośno Pablo, sąsiad miał słaby słuch.
– A dobry, dobry panie Pawełku. Ale ukrop. Pić się chce, co? – wskazał głową piwo przełykając ślinę.
– Nie ma kablówki. Może ktoś przeciął kabel, albo coś. Był pan w piwnicy?
– Pan podejdzie z piwkiem do mnie, to zobaczymy, czy u nas jest kablówka, co? Może jakiś meczyk będzie, to…
Pablo machnął ręką i ruszył w dół, co pan Kaziu skwitował uśmiechem obnażającym braki w uzębieniu i jakimś plugawym słowem.
Drzwi do piwnicy były otwarte, mimo iż gospodarz bloku wielokrotnie apelował, by je zamykać. Bezdomni dzień w dzień wchodzili i defekowali w piwnicy. A w zimie często nocowali w prowizorycznych barłogach z gazet i innych śmieci. Strach było tam chodzić, ale czego się nie robi dla ratowania niedzielnej rozrywki?
Pablo nie miał sprecyzowanej wizji, co zrobi, gdy już skrzynkę od kablówki znajdzie. W zasadzie oczekiwał chyba, że stuknie jak dziadek w starego Rubina i obraz powróci. Jednak to, co zobaczył po otwarciu drzwi, nie było ani skrzynką od kablówki, ani starym Rubinem, ani nawet defekującym bezdomnym. Na środku schodów lewitował biały, świecący prostokąt. Dosłownie tafla czystego świata. Żadnej faktury, żadnego połączenia ze ścianą, sufitem czy podłogą. Jedynie jasność, która drażniła umęczone oczy
Chcąc czym prędzej przedostać się na drugą stronę, Pablo ruszył przed siebie z rękami wyciągniętymi po omacku do przodu. Postanowił, że po prostu przejdzie przez tę świetlną kurtynę, i już po drugiej stronie będzie kontynuował poszukiwania.
Rzeczywistość nie zawsze żyje w zgodzie z naszymi planami. Czasem lubi zaskakiwać, w taki czy inny sposób. W sytuacji, o której opowiadam, rzeczywistość zaskoczyła Pawła Kowalskiego bardzo, bardzo mocno. Na tyle mocno, że przez chwilę był pewien, że spadł ze schodów i stracił przytomność.
Po drugiej stronie kurtyny znajdowała się pustynia. Nie było schodów, nie było piwnicy. Nie było niczego, oprócz bezmiaru białego, drobnego piasku, kamieni i czterdziestostopniowego upału.
– No tak – powiedział głośno i z pewną dozą rezygnacji. – Mam alkoholowe majaki. Za dużo piłem i uszkodziłem sobie mózg!
Gdy w oddali ujrzał grupę beduinów oraz dziwacznych zwierząt, zmierzających w jego kierunku, był już pewien. Pełne spektrum objawów delirium tremens. Cierpieli na to wujek Staszek i wujek Rysiek. I Bolek, kolega z Januszpolu, z którym wprawdzie nie był spokrewniony, ale jednak był to kolejny dowód na istnienie choroby.
Gdy jeźdźcy zbliżyli się na odległość kilkunastu metrów, okazało się, że to żadni beduini, a zwykli przebierańcy. Mieli gatki ze szmat i skórzane pasy ponabijane ćwiekami. Narażone na działania słońca części ciała mieli mocno opalone. Byli uzbrojeni w najróżniejszą broń białą, od noży po miecze i topory.
– Jesteście rekonstruktorami, prawda? Czytacie Wiesława i mroki średniowiecza?
W odpowiedzi usłyszał jedynie krzyki w zupełnie obcym języku, brzmiącym jak węgierski. Ich zachowanie zdawało się być agresywne i Pablo żałował, że nie zabrał ze sobą gazu pieprzowego. Gdzie ja miałem głowę, pomyślał, gdy napastnicy otoczyli go. Jeden z nich zbliżył się do niego i powalił na ziemię. Wówczas podbiegli dwaj kolejni i podnieśli go, wykręcając ręce do tyłu.
– Zostawcie skurwysyny! – zdołał tylko wrzasnąć, po czym oberwał czymś twardym w głowę i stracił przytomność.
***
Przez okno drewnianej chaty wpadało ostre słońce, które zbudziło Brota. Rozejrzał się wokół.
– Gdzie żeś zawędrował rycerzyku? – powiedział w stronę swojego krocza.
Znajdował się w obcym miejscu, był nagi, a obok bielało wielkie cielsko śpiącej damy. Uśmiechnął się i wstał. Czuł w brzuchu bardzo nieprzyjemne ssanie. Był gotów zabić za solidną miskę kaszy ze skwarkami i kufel piwa. Odział się zatem niedbale i wyskoczył oknem na ciasną uliczkę. Naprawdę miał ochotę na kufel piwa, a najprostszym sposobem, by wejść w posiadanie takiego dobra, była sakiewka. Naturalnie sakiewka umocowana do pasa jakiegoś porządnie ubranego przechodnia, przemierzającego ciasne aleje miasta.
Brot był niemal jak sierota. Miał wprawdzie rodziców, ale od najmłodszych lat trzymał się z dzieciakami z ulicy. Był człowiekiem wielu talentów, co z pewnością potwierdziliby koledzy, stróże prawa oraz liczne kochanki. Kiedy już udało mu się ustalić swoje położenie, ruszył sprężystym krokiem w kierunku bazaru rozważając, co też zdecyduje się zamówić na późne śniadanie.
***
Hasterisk Fjutgaardt, burmistrz Tomwil, od trzech miesięcy był w pewnym sensie szalony. Szczęśliwie nikt przez ten czas nie nabrał nawet podejrzeń. Siedział właśnie w swoim gabinecie i wpatrywał się nieprzytomnie w zawiniątko znajdujące się na środku jego biurka. W zawiniątku znajdowały się odchody, które zamierzał skonsumować tuż po porannej wizycie sekretarza, Knurra Rangara. Ciszę przerwało pukanie do drzwi. Po chwili drzwi uchyliły się, i do pomieszczenia wsunęła się łysa głowa sekretarza.
Zobacz także: Czelendż! Będę pisał 1 opowiadanie tygodniowo z użyciem losowych komponentów
– Wejdź Knurr, mam dziś napięty grafik. Dawaj, dawaj chłopie.
– Sir! – Knurr był służbistą. Dużym i głupim, ale beznadziejnie drętwym.
– Dawaj, dawaj – poza chwilami, gdy Fjutgaardt popadał w szaleńcze otępienie, był całkiem energicznym i konkretnym człowiekiem.
– Wczoraj napadnięto na niejakiego pana Gortholma – referował sekretarz. – Pan Gortholm jest bardzo szanowanym obywatelem Tomwil i sytuacja, zdaje się wymaga stanowczej reakcji ze strony ratuszu.
– Ucierpiał?
– Odcięto mu głowę.
– Zatem do skarbca miejskiego nie wpłynie już od niego ani złamany goliat? A kto nie płaci podatków obywatelem nie jest. Sprawa jest, zdaje się, zamknięta.
– Komisja do spraw uzbrojenia ludności cywilnej przedłożyła nowy projekt ustawy o uzbrojeniu cywilnym, w myśl którego na każde gospodarstwo ma przypadać tylko jedna jednostka broni. Tłumaczą to tym, że obecnie mając nieograniczony dostęp do broni lud czuje się znacznie bardziej zagrożony. Świadomość, że każdy sąsiad może mieć w domu cały arsenał wywołuje niepokój.
– Nonsens. Kto wpadł na taki pomysł?
– Havesh Kursvik.
– Kursvik? Co to w ogóle za nazwisko? Jakiś cholerny pacyfista z Haarken? Nie potrzebujemy w naszej małej, zdrowej społeczności wichrzycieli i obcokrajowców. Postaraj się, aby nie wrócił dziś do domu. Zadbaj tylko, żeby nikt nie odnalazł ciała.
– Tak jest. I ostatnia sprawa. O jedenastej zaczyna się targ niewolników.
– Targ niewolników! – Fjutgaardt zerwał się z krzesła. – To dziś! Muszę lecieć. Słuchaj Knurr, jest jeszcze jedna pilna sprawa na szybko. W samo południe w magazynie przy ulicy Rzężącego bobra spotykają się członkowie cechu krawców.
– Zgadza się.
– Ich działalność krzyżuje plany mojemu bratankowi. Bądź tak miły i podłóż tam ogień. Tylko wcześniej zabarykaduj solidnie drzwi.
– Tak jest Sir.
Burmistrz opuścił ratusz w wielkim pośpiechu, pozostawiając swoje śniadanie i ignorując wszystkich petentów zgromadzonych przy wyjściu. W większości byli to tylko biedacy, którzy uskarżali się na swoją niedolę i wysokie podatki. Fjutgaardt słynął z rządów twardej ręki, co przysparzało mu politycznych przeciwników. Ci jednak najczęściej w znikali w tajemniczych okolicznościach. Zdawać by się mogło, że burmistrzowi, od początku trwającej czternaście lat kadencji, towarzyszyło niezwykłe szczęście. Zwłaszcza do nieszczęśliwych wypadków jego oponentów. Krążyły plotki, dziennikarze węszyli, ale i tak kończyło się to zwykle odnalezieniem kilku bezgłowych ciał. Większość obywateli wierzyła, że taka konserwatywna doktryna była gwarantem spokoju i dobrobytu.
Wszystko układałoby się idealnie, gdyby nie szaleństwo, które zakiełkowało w głowie Hasteriska Fjutgaardta jakieś trzy miesiące wcześniej. Zaczęło się od nieszkodliwych dziwactw. Burmistrz złapał i zjadł kilka owadów. Wielu ludzi to robiło, ale zwykle przez sen albo z biedy. Nazwisko Fjutgaardt było zaś nazwiskiem niemal szlacheckim w Pustynnej Krainie. Żaden Fjutgaardt nie skalał się nigdy życiem w niższych standardach. Używali sztućców, nie jedli ludzkiego mięsa i kąpali się przynajmniej raz na kwartał.
Po fazie owadziej, jak nazywał ją w myślach burmistrz, nastąpił krótki, acz burzliwy romans z nekrofilią. Ten proceder, również typowy dla nizin społecznych, sprawiał mu nie lada przyjemność i kontynuowałby go, gdyby nie fakt, że pewnej nocy został nakryty przez sporą grupę pielgrzymów, in flagrante delicto. Wszyscy zaginęli jeszcze tego samego dnia, ale jego prywatni siepacze nasłuchali się wiele podczas kaźni. Ich też trzeba było usunąć. Ponieważ jeden skok do trumny kosztował życie ponad siedemdziesiąt osób, burmistrz przerzucił się inny fetysz – wąchanie fekaliów w publicznych latrynach. Z czasem repertuar ten poszerzył się o wynoszenie fekaliów z latryn w torbach i spożywanie ich w ukryciu, oraz kąpiel w fekaliach.
Fjutgaardt miał jeszcze jedno dziwactwo. Kupował niewolników na targach i zatrudniał ich jako służbę domową. Kazał umyć, dawał porządne ubrania i posyłał na lekcje dobrych manier, a po kilku tygodniach zakradał się nocą do sypialni nieszczęśnika i mordował go przy użyciu silnie stężonego, smoczego jadu. Ofiara takiego zabiegu konała zazwyczaj w straszliwych męczarniach około dwóch godzin. W tym czasie burmistrz siedział na fotelu w kącie pokoju i palił cygaro. Momentami sam bał się swojego szaleństwa, jednak jeszcze bardziej bał się, że jego szaleństwo wyjdzie na jaw. Mieszkańcy Tomwil byli bezlitośni.
Hasterisk Fjutgaardt zaczął nabierać obsesyjnego lęku przed tym, że te niewinne dziwactwa zostaną upublicznione przez jakiegoś wichrzyciela z obco brzmiącym nazwiskiem. Konserwatywna część wyższych sfer nie darowałaby mu. Obalono by go jak jego poprzednika, którego zresztą zasztyletował osobiście.
fot. pixabay.com